|

18 marca 2009 r. nad ranem z lotniska w katowickich Pyrzowicach wyleciała do Barcelony 43-osobowa grupa młodzieży naszego Liceum pod opieką wychowawczyń – profesor Joanny Opieli, znakomitej organizatorki wycieczki, oraz profesorek Doroty Panek, Alicji Wróbel i Jolanty Żurek. Lot z szybkością ok. 1000 km na godzinę, przy silnym wietrze, trwał ok. 140 minut. Tyle czasu zajęło nam przemieszczenie się ze Śląska do stolicy Katalonii, czyli z Europy środkowo-wschodniej do południowo-zachodnich terenów Starego Kontynentu. Jest to mniej więcej czas trzech lekcji bez przerw.
Podróż była spokojna, bez spodziewanych turbulencji i innych niespodzianek. Po wylądowaniu czekał już na nas pociąg, którym dotarliśmy do centrum Barcelony, skąd metrem przedostaliśmy się do miejsca naszego zakwaterowania – dzielnicy Montbau. Tam zdążyliśmy tylko szybko wyciągnąć swoje rzeczy i zjeść śniadanie, bo cały dzień mieliśmy już dokładnie zaplanowany. Nie było chwili do stracenia, bo przecież Barcelona czeka! Miasto przywitało nas, zgodnie z oczekiwaniami jednych, a mimo obaw innych, pięknym słońcem, bezchmurnym niebem i dość (a może bardzo?) wysoką temperaturą w granicach 16 – 20◦C. Dlatego nie dziwiły rosnące na każdym osiedlu palmy i wszędzie obecna zieleń, wyłaniająca się spod betonowego miasta. Może dlatego, mimo nieprzespanej dla większości nocy, w każdym było widać energię i ochotę do poznawania nowych miejsc, kultury, ludzi. Przy niektórych ulicach rosną drzewka pomarańczowe z dojrzałymi o tej porze roku owocami. Oczywiście obowiązywał zakaz ich zrywania, ale służby specjalne naszej wycieczki donoszą o dosyć kwaśnym smaku tych delicji. Pierwszego dnia zgodnie z grafikiem zobaczyliśmy m. in. Palau Guell – słynny pałac położony na wąskiej uliczce Carrer Nou de la Rambla, dzieło światowej sławy katalońskiego architekta – Antonio Gaudiego. Kolejną atrakcją było wielkie akwarium, w którym zobaczyć można przeróżnych przedstawicieli morskiej flory i fauny, włącznie z rekinami i płaszczkami. Oczywiście nie mogło zabraknąć wizyty w Maremagnum – centrum handlowym. Bo - jak mówią niektóre kobiety - „dzień bez zakupów jest dniem straconym”. Pewnie dlatego okazji do uzupełnienia swojej garderoby, ale też kolekcji pamiątek miało być znaczenie więcej. Ok. godz. 20. udaliśmy się na stację metra i zmęczeni, ale uśmiechnięci i pełni wrażeń wróciliśmy do ośrodka, gdzie czekała nas obiadokolacja. Po posiłku kolejna niespodzianka. Okazało się, że na terenie naszego pensjonatu znajduje się boisko, a gospodarze zapewniają piłkę do gry. Oczywiście skorzystaliśmy z tego i już kilka dni później rozegraliśmy zwycięski, międzynarodowy mecz z ekipą francuskiej wycieczki. Niestety płeć piękniejsza ograniczyła się tylko do kibicowania (ale za to jakiego!). Kolejny dzień poświęcony był m. in. nauce i technice. W muzeum Cosmo Caixa przypomnieliśmy sobie dzieje wszechświata oraz zobaczyliśmy wynalazki ludzkości na przestrzeni wieków. Ciekawe, że zwiedzający mogli nie tylko biernie przyglądać się multimedialnym pokazom i eksponatom, ale także niektóre z nich własnoręcznie wypróbować. Kolejki ustawiały się np. do modulatora dźwięków. A później Casa Batllo – najniezwyklejsza budowla, jaką widziałem w życiu, oczywiście autorstwa magika architektury – Antonio Gaudiego, jak piszą o nim turystyczne foldery. Jest to „utwór” utrzymany w stylu modernistycznym z przełomu XIX i XX wieku, tzw. Jugendstil (styl młodych), który często nazywa się secesją. Dominuje tu fantazyjna linia krzywa i soczysta kolorystyka oraz nieprawdopodobnie zaprojektowana przestrzeń, praktycznie na każdym kroku zwiedzającego coś zaskakuje jak przy czytaniu wiersza. Już patrząc na fasadę, rzucają się w oczy balkony, przypominające ludzkie (?) lub zwierzęce (?) czaszki. Generalnie można było odnieść wrażenie, że ten dom jest żywy. Czarodziej Gaudi zaprojektował też kościół Sagrada Familia, który zwiedziliśmy w czwartek, podziwiając panoramę miasta z wysokości tej katedry, oraz La Pedrera - budynek bez kątów prostych i tak samo fantazyjny jak pozostałe (niedziela) a także Park Guell. Zdaje się, że bez Gaudiego nie byłoby Barcelony. Kolejny dzień to zwiedzanie El Gran Teatre del Liceu i Palau de la Musica Catalana oraz katedry Santa Maria del Mar a także barcelońskiego ZOO, gdzie szczególnie ciekawy był pokaz sztuczek tresowanych delfinów. Pod wieczór poszliśmy na plażę, zimna woda jeszcze nie nadawała się do kąpieli, ale można było robić fajne fotki. Tu należy stwierdzić, że niektóre wycieczkowiczki na tle Morza Śródziemnego są wyjątkowo fotogeniczne! Sobota to głównie zwiedzanie stadionu olimpijskiego i galerii sztuki. W Fundacion Joan Miro zobaczyliśmy liczne obrazy nadrealistów z początków XX wieku. Natomiast w Museo Nacional de Arte de Cataluna mogliśmy podziwiać nie tylko dzieła miejscowych mistrzów pędzla, ale także np. Diego Velazqueza, Salvadora Dali, Pablo Picasso. Płótna tego ostatniego oglądaliśmy też następnego dnia w Museum Picasso. Po zmroku byliśmy świadkami zapierającego dech w piersiach pokazu typu światło i dźwięk przy fontannie Fuente Magica. Znawcy mówią, że nawet tego typu spektakl w czeskiej Pradze nie dorównuje barcelońskiemu. I wreszcie niedziela – muzeum marynistyki, wycieczka statkiem ze szklanym dnem, wspomniana wcześniej la Pedrera Gaudiego i muzeum Picassa, ale dla kibica piłki nożnej – przede wszystkim mecz ligi hiszpańskiej FC Barcelona – FC Malaga na stadionie Camp Nou. Wg gazety klubowej, obecna jedenastka Barcy to najlepsza tutaj drużyna od wielu lat, wręcz dream team, więc nie dziwi jej zwycięstwo 6-0. Kto nie zna takich nazwisk, jak Messi, Henry, Iniesta, Eto’o, niech nie czyta tego akapitu. Emocji było wiele, a elitarną grupę naszych kibiców poprowadziła na mecz oczywiście profesor Joanna Opiela. Uwaga dodatkowa: Na meczu nie było kiboli. Spośród ok. 75-tysięcznej widowni (!) nikt się z nikim nie bił, nikt nikogo nie wyzywał. Nie było podziału na wrogie sektory, nie było fos i płotów oddzielających widownię od boiska. Nawet nasz widz w koszulce Realu Madryt mógł czuć się w miarę bezpiecznie. Następnego dnia, już bez meczowej adrenaliny, wszyscy zwiedziliśmy sławny stadion, zaglądając także za kulisy, oglądając m. in. szatnie i muzeum stadionu. Tu miła niespodzianka, bo na pamiątkowych tablicach widnieją nazwiska polskich piłkarzy, którzy uczestniczyli w igrzyskach olimpijskich 1992 r. Na koniec wycieczki (wtorek) zafundowano nam zwiedzanie klasztoru benedyktynów Montserrat, w którym znajduje się cudowna rzeźba Czarnej Madonny. Wg legendy rzeźbę wykonał św. Łukasz ewangelista. Dla Katalończyków Czarna Madonna jest jak Matka Boska Częstochowska dla Polaków. Z Barcelony wylecieliśmy do domu o 7.25 i wylądowaliśmy w Katowicach - znowu bez turbulencji w dosłownym i przenośnym znaczeniu. Wróciliśmy cali, zdrowi i o wiele bogatsi w wiedzę o świecie.
Robert D.
|